Forum Forum dla pracujących na morzu ich rodzin i przyjaciół ludzi morza Strona Główna

Forum Forum dla pracujących na morzu ich rodzin i przyjaciół ludzi morza Strona Główna -> ZDARZENIA NA MORZU I NIE TYLKO ... -> m/s KUDOWA ZDRÓJ

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu  
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Admin
Administrator



Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 93
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 97 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: WOLIN


PostWysłany: Śro 21:11, 19 Gru 2007    Temat postu: m/s KUDOWA ZDRÓJ



20 stycznia 1983r. zatonął na M. Śródziemnym (u wybrzeży Balearów), zginęło 20 osób, a 8 osób uratowano
Typ statku: drobnicowiec
Rok budowy / stocznia: 1976 / Turnu Severin (B-452/10) (Rumunia)
Okres eksploatacji w PLO: 1976 - 1983
Nośność: 1450 TDW
Ilość pasażerów: 6
Długość całkowita: 85.9 m
Szerokość: 12.4 m
Zanurzenie: 4.6 m
Rodzaj napędu: silnik spalinowy
Moc SG: 1656 kW
Prędkość: 14.3 w

Fatalny "Zdrój"

20.01.1983 r. Zatonięcie drobnicowca PLO "Kudowa Zdrój"

20.1. Gdańsk. PAP. W godzinach rannych 20 bm. , w czasie silnego sztormu na Morzu Śródziemnym zatonął statek gdyńskiego armatora polskich Linii Oceanicznych - m/s "Kudowa Zdrój" ( o nośności 1920 DWT) . Płynął on z Walencji i Castellonu w Hiszpanii do portu Erna w Libii. Wypadek miał miejsce 15 mil na wschód od wyspy Ibizy na Balearach.

Z informacji jakie napłynęły do PLO w Gdyni, wynika, że w katastrofie zginęło 15 osób, których ciała wyłowione z morza znajdują się na lądzie w Ibizie. 8 osób zostało uratowanych, a 5 osób nie odnaleziono. Akcja ratownicza trwa, lecz szanse odnalezienia i uratowania pozostałych członków załogi są coraz mniejsze z uwagi na szalejący sztorm. (PAP)

B-452. Między 1967 a 1971 rokiem zwodowano dla bliskiej floty handlowej dwanaście statków z tej serii. Popularnie zwano je później "Zdrojami", jako że wszystkie zostały ochrzczone nazwami polskich uzdrowisk.

Projekt techniczny serii powstał w naszym kraju, ale budową zajęła się leżąca nad brzegiem Dunaju niewielka rumuńska stocznia Turnu Severin. Choć istniała od stu lat, nigdy wcześniej w nie powstawały w niej statki pełnomorskie. Produkowano głównie barki rzeczne, holowniki i wagony kolejowe. Dopiero duży kontrakt z Polakami pozwolił na rozbudowę i zmianę profilu stoczni. Jej rozbudowa toczyła się równocześnie z produkcją B-452. Pierwsze statki z tej serii powstawały, kiedy jeszcze w Turnu Severin nie było dużej hali do montażu sekcji kadłubowych. Zdarzało się, że spawano mokre od deszczu blachy zawilgoconymi elektrodami. Nie zadbano także o odpowiednią jakość blachy. Już w 1968 r. eksperci w Polsce wiedzieli, że używane do produkcji serii B-452 blachy nie powinny być stosowane do budowy kadłubów statków. W blachach odkryto zwalcowania i pęcherze, zbyt małą zawartość manganu, a zbyt dużą - węgla. Nadmierna zawartość węgla czyniła co prawda blachę bardziej wytrzymałą, ale przez to także mniej sprężystą, podatną na pękanie. Nie wiadomo jednak, czy i w jakim stopniu zauważone nieprawidłowości zostały przez rumuńskich stoczniowców uwzględnione podczas produkcji kolejnych statków dla Polskich Linii Oceanicznych.

Zmiany konstrukcyjne (m.in. to, że jedna z kondygnacji nadbudówki zamiast z aluminium była wykonywana ze stali) wpłynęły ponadto na pogorszenie się stateczności B-452. Aby te statki bezpiecznie mogły odpierać sztormy, należało na przykład zadbać o szczelność nadbudówki. Pływanie podczas sztormowej pogody z otwartymi wyjściami awaryjnymi z siłowni i iluminatorami było niebezpieczne. Przestroga ta nie dotarła jednak do większości późniejszych kapitanów "Zdrojów" - nie znalazła się bowiem w dokumencie "Informacja o stateczności".
Nie najlepsza stateczność B-452 wyszła na jaw już na początku ich eksploatacji. Przed rokiem 1983 zanotowano aż osiemnaście niebezpiecznych przechyłów "Zdrojów" na jedną z burt. Doświadczające tego jednostki wychodziły z opresji obronną ręką, zaś ich kapitanowie zyskiwali naukę, że podstawą bezpiecznego rejsu "Zdrojem" jest odpowiednie rozłożenie ładunku na statku i niewychodzenie w morze przy wietrze przekraczającym sześć stopni w skali Beauforta.

Założenia założeniami, a życie życiem. Kapitanowie floty handlowej zdawali też sobie sprawę, że "grymasy" podczas załadunku i zwlekanie z wyjściem z portu mogą się skończyć utratą stanowiska...

*********

"Kudowa Zdrój" spłynął z pochylni Turnu Severin 4 września 1971 r. Mimo że oznaczono go numerem dziesięć, był ostatnim ze zwodowanej dwunastki jednostek B-452. Przez jakiś czas bowiem "Kudowa Zdrój" służył jako... magazyn części dla innych statków tej serii. Rumuni spóźniali się z budową i kiedy wygasał termin ważności instalowanych na statkach urządzeń, ściągano je z "Kudowy".

Wodowaniu "Kudowy" towarzyszy małe zamieszanie. Wypowiedziano wprawdzie tradycyjną formułę chrztu, o burtę rozbiła się butelka szampana, ale statek ani myśli ruszyć po pochylni. Pomagają mu w tym stoczniowcy, pomagają goście. Wreszcie rusza. Nikt wtedy nie przypuszczał, że na nieszczęście.

Pierwsze bardzo poważne ostrzeżenie nadeszło po trzech latach żeglugi. W 1974 r. "Kudowa Zdrój" omal nie zatonęła podczas silnego sztormu na Morzu Północnym. Dotarła wtedy do portu asekurowana przez kilka innych jednostek, ze stałym przechyłem dwudziestu pięciu stopni na lewą burtę.

***********

Styczeń 1983 r. Port w Walencji. Stoi w nim "Kudowa Zdrój", kursująca po Morzu Śródziemnym jako swoisty tramwaj morski między portami Hiszpanii i Libii. Trwa załadunek. Ładownie wypełniają worki fosforytów złożone na sześciuset dwudziestu paletach. Hiszpańscy dokerzy nie dopychają ich jednak dokładnie do ścian ładowni i między paletami a burtą pojawia się niezabezpieczona wolna przestrzeń. Jeśli morze poważnie się rozkołysze, grozi to przesunięciem ładunku. Tego dnia jednak perspektywa sztormu zdaje się czystą abstrakcją. Droga niedaleka, widoczność dobra, morze spokojne - ot, dwa, może trzy stopnie w skali Beauforta. Prognoza pogody nie przewiduje większych zmian.

Na pokładzie ustawiane są kontenery z drobnicą - m.in. płytkami ceramicznymi. Łącznie na "Kudowę" dźwig przenosi szesnaście kontenerów - mimo że statek przystosowany jest przewozu ledwie sześciu. To jednak nikogo z załogi nie dziwi. Wiedzą, że na wszystkich "Zdrojach" ów przepis jest nagminnie łamany. Także "Kudowie" zdarzało się już wcześniej przewozić nawet czterdzieści sześć kontenerów i nic złego się nie stało. W takiej sytuacji, aby obejść normy, w papiery wpisuje się przewidziane sześć kontenerów, pozostałe maskując pod określeniem "ładunki ciężkie". Identycznie stanie się i tym razem. Kontenery rozmieszczane są nierozsądnie. Lżejsze wędrują do specjalnych gniazd, cięższe - ustawiane są na pokrywach luków ładowni. Niektóre wystają poza ich obrys, lecz nie zostają niczym podparte. Dwa z pojemników ustawiono w poprzek statku, co przy wysokiej fali grozi wysypaniem się zawartości na burtę.

Kontenery opasują łańcuchy. Są one słabsze od stalowych lin, ale przecież używano ich także podczas wcześniejszych rejsów i nigdy nie zawiodły.

Z Walencji "Kudowa" płynie do innego hiszpańskiego portu - do Castellon. Statek prowadzi kapitan Leszek Krogulski - 40-letni mężczyzna, doświadczony marynarz. Krogulski doskonale zna słabe punkty "Zdrojów". Jedenaście lat wcześniej omal nie poszedł na dno jako II oficer na "Busku Zdrój", kiedy statek przechylił się na burtę podczas sztormu. Teraz pod jego komendą jest dwadzieścia siedem osób załogi - w tym jedyna kobieta na statku - 35-letni radiooficer Barbara Skokowska-Baranowicz. Podróż przebiega spokojnie. W Castellon nastąpić ma dalszy załadunek.

Do portu wchodzą 18 stycznia wieczorem, kilka godzin po innym polskim statku - motorowcu "Sopot". Następnego dnia w drugiej ładowni budowany jest prymitywny szalunek z desek. Ogradzać ma on trzysta siedemdziesiąt ton stali zbrojeniowej w postaci pięciust siedmiu wiązek dość luźno poskręcanych i wyginających się prętów. Okazuje się, że nie wszystko zmieści się w ładowni. Część wiązek złożonych zostaje na pokładzie.

Po załadunku "Kudowa" ma kłopoty ze statecznością. Kapitanowi Krogulskiemu wychodzi w obliczeniach, że tzw. współczynnik sztauerski, decydujący o stateczności, a więc i o bezpieczeństwie statku, jest dwukrotnie większy niż to, na co byli przygotowani. Zwierzy się z tych wątpliwości chiefowi "Sopotu", kapitanowi Romanowi Miszałowskiemu. Miszałowski nie dowie się jednak, czy i jak te problemy "Kudowy" zostały rozwiązane.

*********

19 stycznia, krótko po godz. 19.00, "Kudowa" wypływa z Castellon, kierując się w stronę libijskiej Derny. W godzinę później w rejs wyrusza i "Sopot", pozostając w tyle za "Kudową" o jakieś dziesięć mil morskich. Morze nadal jest spokojne, prognoza pogody optymistyczna.

Sytuacja zmienia się krótko po północy. Wieje coraz mocniejszy wiatr, podnoszą się fale. Statek coraz gorzej słucha steru, nieznacznie przechyla się na lewą burtę. Na mostek wchodzi kapitan, nakazuje zmianę kursu i uspokojony wraca do kabiny. Sztorm jednak się nasila. "Kudowa" dla odmiany zaczyna przechylać się w prawo. Coraz to mocniej i mocniej. Ale nadal wraca do normalnego położenia. Wiatr wzmaga się do siedmiu stopni. Jedna z fal wdziera się na pokład, zalewając przez nie dokręcone bulaje kabinę mieszkalną i mesę oficerską. W oddali błyskają światła latarni morskiej na pięknej wyspie Ibiza.

O trzeciej w nocy marynarz Jurand Heczko skończył wachtę i oddał ster koledze. Zszedł do kabiny, aby zbudzić innych zmienników. Kilkanaście minut przed czwartą pojawił się na mostku. Właśnie telefonowano z maszynowni. Zrozumiał, że mają jakąś awarię. Nie dokończył już rozmowy. Pod kolejną falą statek położył się na prawej burcie. Zadźwięczały dzwonki alarmowe. Na pokładzie pojawiły się cienie marynarzy. Niektórzy wyskakiwali z kabin półnadzy.

Krzysztof Rusiak, IV mechanik, też miał tej nocy służbę. Jeszcze po trzeciej maszyna pracowała normalnie. Mniej więcej za kwadrans czwarta dał się odczuć pierwszy gwałtowny przechył, o jakieś pięćdziesiąt stopni. Potem drugi, podobny. Tym razem jednak statek pozostał w takim położeniu. Paliwo chlusnęło na ściany, na sufit. Silnik stanął. Rusiak, cały oblepiony ropą, wyskoczył z maszynowni.

Piotr Araszewski wrócił właśnie z łazienki, kiedy do kabiny, prawdopodobnie przez niedomknięte bulaje, wdarła się woda. Pościel mokra, koniec spania. Zgasili jednak światło. Chwilę później statek położył się na burtę. Poczęli się gorączkowo ubierać, łapali kamizelki ratunkowe. Jeden za drugim wspinali się do drzwi, które teraz znajdowały się nad ich głowami. Również podłoga korytarza stromo biegła pod górę. Tylko dzięki poręczom można było dotrzeć do szczytu.

Kapitan w tym czasie stoi już na mostku. Wydaje polecenie otwarcia pomieszczenia z radiostacją. Niewykonalne. Pomieszczenie to, przy lewej burcie, znajduje się obecnie wysoko ponad głowami osób zgromadzonych wokół mostku. Niczym na szklanej górze. Krogulski chwyta więc radiotelefon. Udaje mu się nawiązać połączenie - najpierw z Ibizą, a potem z radiem Palma de Mallorca. Mayday! Marynarze słyszą też w eterze polski język - to zgłasza się motorowiec "Sopot". Ale "Kudowa" już nie odpowiada. Statek zaczyna tonąć.

**************

Sześciodniowa rozprawa, która w maju 1983 r. toczyła się przed Izbą Morską w Gdyni, pokazała nie tylko tragizm tonącej załogi "Kudowy Zdroju". Zeznania ekspertów i uratowanych ośmiu marynarzy obnażyły niewybaczalne błędy, zaniedbania i chaos, które doprowadziły do największej, wówczas, w powojennej historii polskiej marynarki tragedii.

Statek wyposażony był w dwie szalupy ratunkowe, zamocowane przy lewej i przy prawej burcie. Gdy niebezpiecznie pochylił się w bok, szalupa przy prawej burcie oderwała się i pusta odpłynęła stępką do góry. Spuszczenie drugiej, sterczącej wysoko nad wodą, było niemożliwe. W tej sytuacji większość marynarzy pobiegła w stronę rufy, aby uruchomić pneumatyczne tratwy ratunkowe. Na "Kudowie" znajdowały się cztery takie tratwy. Każda z nich mogła dać schronienie dziesięciu osobom. Teoretycznie wystarczyło pociągnąć za sznurek, aby tratwa samoczynnie, w ciągu dwudziestu sekund napełniła się powietrzem. Wewnątrz kolistego, zakrytego przed wiatrem i wodą schroniska rozbitkowie znaleźliby wszystko, co niezbędne, by przez kilka dni przetrwać na otwartym morzu i wzywać pomoc: żywność, wodę pitną, apteczkę, wędkę, latarkę sygnalizacyjną, zapasowe baterie i żarówki, rakietnicę i naboje sygnałowe, wiosła, nawet karty do gry.

Szkopuł w tym, że prawie nikt z załogi "Kudowy" (z oszczędności?) nie ćwiczył wcześniej sposobu otwierania takiej tratwy. Ba, wielu z marynarzy nigdy nawet nie widziało jej rozłożonej! Dwudziestu ludzi miało to kosztować życie. Z czterech tratw "Kudowy", mimo dramatycznych wysiłków, całkowicie napełniła się powietrzem tylko jedna. Ale i ona, na skutek błędów i paniki, jaka zapanowała na pokładzie, odpłynęła pusta. Kilku rozbitkom życie uratował znaleziony dopiero po rozpaczliwym skoku do morza flos - prowizoryczna tratwa zbita z kilku desek i beczek, służąca na "Kudowie" do czyszczenia burt statku. Kilku innych większą część długich godzin oczekiwania na ratunek spędziło, leżąc na odwróconej do góry stępką szalupie ratunkowej lub w częściowo napełnionej powietrzem tratwie. Z marynarzy, którzy zdali się wyłącznie na kamizelki ratunkowe, ocalił życie jedynie steward Zdzisław Drzewiecki - młody, silny człowiek, od początku stosujący się do najsłuszniejszego w tej sytuacji założenia: jak najmniej ruchów, aby nie tracić kalorii.
Nie tylko to przesądziło o śmierci pozostałych. "Kudowa" zaczyna tonąć około czwartej. Tej nocy temperatura morza w pobliżu Ibizy wynosi 13 C, powietrza - 10 stopni. Teoretycznie zdrowy człowiek, częściowo zanurzony w wodzie może w takich warunkach przetrwać do siedmiu godzin. Z zeznań uratowanych marynarzy wynika, że tylko nielicznym ich kolegom dane było zatonąć razem ze statkiem. Pozostali dość długo żywi unosili się na powierzchni. W chwili katastrofy motorowiec "Sopot" znajdował się zaledwie dwunastu mil od "Kudowy". W panujących wówczas warunkach dotarcie do rozbitków powinno mu zająć niewiele ponad godzinę. Tymczasem "Sopot" na miejsce zdarzenia dotarł dopiero po godzinie 10. Powód? Informacja o położeniu "Kudowy", nadana z mostku na krótko przed zatonięciem statku, okazała się błędna. Podający ją II oficer pomylił się o osiem mil! W miejscu o podanych współrzędnych było puste morze i zdezorientowana załoga "Sopota", nie wiedziała, co dalej czynić.

Z "Kudowy" nie wystrzelono w mrok rakiet sygnalizacyjnych, które zapewne pomogłyby "Sopotowi" w ustaleniu prawidłowego kursu. Znów dały znać o sobie panika i brak podstawowych umiejętności. Żaden z ocalonych nie wiedział, jak się wystrzeliwuje takie rakiety. Rozbitkowie nie umieli też uaktywnić baterii lamp przy kamizelkach ratunkowych, które oświetliłyby ich po skoku do wody. Wielu marynarzy skakało do wody rozebranych, co świadczy o braku wiedzy o tym, iż ciepła odzież, mimo że krępuje ruchy, daje ochronę przed szybkim wyziębieniem. Kamizelki ratunkowe zakładano nieprawidłowo. W jednym wypadku ten fakt właśnie zdecydował o śmierci rozbitka. Nie utonął on i nie zamarzł - udusiły go wpijające się w szyję elementy kamizelki. Trudno o bardziej tragiczny paradoks.

Marynarze ginęli, nie wiedząc, że ratunek jest blisko. Przed zatonięciem statku kapitan nie powiadomił ich, że sygnał SOS z "Kudowy" został odebrany i na ziemi, i na morzu. W ten sposób pozbawieni zostali nadziei. Kilku marynarzy dało za wygraną na godzinę, a nawet krócej przed nadejściem pomocy.

*************

"Kudowa" zatonęła w dwadzieścia minut - nadzwyczaj szybko w warunkach niezbyt silnego przecież sztormu. Dochodzenie nie wyjaśniło w sposób bezdyskusyjny przyczyn tego stanu rzeczy. Przyjęto hipotezę, że o szybkim zatonięciu statku zdecydowały błędy popełnione podczas załadunku - nadmierne obciążenie i nieprawidłowe rozmieszczenie towarów na statku. Nagły przechył na prawą burtę, z którego "Kudowa" już się nie podniosła, prawdopodobnie spowodowany został przesunięciem się ładunku w ładowni i źle zamocowanych kontenerów - tych, które ustawiono na pokrywach ładowni.

Woda wtargnęła do nadbudówki przez drzwi na pokładzie głównym, a także do ładowni przez niezamknięte otwory wentylacyjne, otwarte zejściówki i nieszczelne pokrywy. Zdaniem ekspertów, w krytycznym momencie do wnętrza "Kudowy" przedostało się niemal równocześnie co najmniej dwa tysiące osiemdziesiąt siedem metrów sześciennych wody, co przesądziło o zatonięciu jednostki. Wniosek: gdyby statek był szczelny, co prawda przewróciłby się, lecz nie zatonął - w każdym razie nie w tak krótkim czasie.

Jarosław Reszka Fatalny "Zdrój"


Post został pochwalony 2 razy

Ostatnio zmieniony przez Admin dnia Pią 0:13, 04 Lis 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
katinana




Dołączył: 01 Paź 2011
Posty: 6
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecin


PostWysłany: Sob 22:42, 01 Paź 2011    Temat postu:

...nigdy nie tańczę do piosenki "Feelings"... Miałam 19 lat, kiedy to rozbawiona z 4-ma koleżankami gościłam w Domu Marynarza w Szczecinie na dancingu. Uczyłam sie wówczas w studium pomaturalnym a w Domu Marynarza grał zespół, w którym na perkusji grał mój ukochany wujek Ryszard Raczkowski (niestety już Go nie ma wśród nas...) a także przepięknie śpewał. Pamiętam, że z dziewczynami ze studium usiadłyśmy do stolika orkiestry (po znajomości, bo wujek) i podeszła do orkiestry kobieta i mówi: chciałabym zamówić piosenkę dla mojego (i tu nie pamiętam, czy męża, czy narzeczonego?) i proszę, aby nikt nie tańczył. Orkiestra podniosła się, weszła na podest i za chwilę rozległy się nuty piosenki "FEELINGS" Orkiestra (w niej mój wujek) poprosiła o to, by nikt nie tańczył, bo ta piosenka jest pamięci marynarza, który zginął na "Kudowie". Na sali zapadła cisza... Kobieta, która zamówiła piosenkę wróciła do stołu i usiadła wraz z dwoma innymi mężczyznami (kolegami, marynarzami?) i trzymali się wszyscy troje mocno za ręce, płakali... Pamiętam to bardzo wyraźnie. I od tamtej chwili nie tańczę przy tej muzyce, naprawdę! I choć dziś jestem nauczycielem tańca towarzyskiego a ta piosenka to typowa Rumba, nigdy jej nie tańczę. po prostu ku pamięci TYCH Marynarzy... I zawsze mi się to przypomina, naprawdę z głębi serca i potrzeby pamięci.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum dla pracujących na morzu ich rodzin i przyjaciół ludzi morza Strona Główna -> ZDARZENIA NA MORZU I NIE TYLKO ... Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Regulamin